ZAPRASZAM NA
Nowe opowiadanie
Witajcie. Chciałabym zaprosić na pierwszy rozdział mojego nowego opowiadania z tą parą w rolach głównych:
Mistrzostwa Świata 2014
Kto mnie zna dobrze wie, że jestem kibicem piłki nożnej - zresztą to chyba widać po tematyce moich opowiadań. Miałam nie pisać o temat trwającego właśnie Mundialu, ale siedzę sobie sama w domu, za oknem piękna pogoda, a za moment zaczyna się mecz Kolumbia - Wybrzeże Kości Słoniowej, także pomyślałam, że z nadmiaru nudy coś tam naskrobię.
Prawdopodobnie większa część kibiców zgodzi się ze mną, że na tegorocznych Mistrzostwach Świata nie można się nudzić. Po pierwszej kolejce mieliśmy wszystko - piękne gole, katastrofalne błędy sędziów, niespodzianki, zaskoczenia i niezawodnych faworytów. Trzeba przyznać, że w Brazylii nie ma bramkowej posuchy. Statystyki mówią same za siebie - trzy bramki na mecz.
Jednak zacznijmy od początku...
Mecz otwarcia. To co mnie uderzyło na samym początku i doprowadziło do łez wzruszenia, to brazylijski hymn (a raczej jego końcówka). Kilkadziesiąt tysięcy ludzi śpiewających hymn narodowy acapella, a do tego piłkarze, na twarzach których jest prawdziwa zaciętość, wiara we własne umiejętności, oddanie dla kraju... Mogłabym to porównać do dwóch rzeczy - Buffona, którego wykonania hymnu są równie niesamowite oraz do polskich kibiców siatkówki. Miałam przyjemność bycia na dwóch siatkarskich meczach, w tym jeden odbywał się w Spodku, siatkarskiej świątyni. Dziesięciotysięczny tłum śpiewający acapella Mazurka Dąbrowskiego... Hmm... Można dostać niezłych ciarek.
Muszę przyznać, że całe mistrzostwa bardzo mi się podobają. Trzeba pochwalić kibiców, którzy licznie przychodzą na stadiony. Mi się bardzo podoba, że na trybunach jest tak kolorowo, głośnio, tanecznie... Odkąd pamiętam to właśnie kibicie urzekali mnie w piłce nożnej najbardziej, dlatego też nie czuję się zawiedziona. Ciekawa jestem jak to będzie wyglądać, kiedy Brazylia odpadnie z turnieju (bo cichu liczę, że tak właśnie będzie hihi).
Jednak muszę jasno powiedzieć. Oglądałam w swoim życiu kilka wielkich piłkarskich imprez, jednak Mundial w Brazylii jest najlepszym z nich. Nie przypominam sobie turnieju z tak interesującymi meczami; co jeden to lepszy. Jestem zachwycona i zawsze z przyjemnością zasiadam przed telewizorem. I pomimo tego, że w naszym kraju nie ma tej brazylijskiej gorączki, to ja popadłam w totalny piłko-szał ;)
Z rzeczy, które wiadomo na dziś dzień to fakt, że Holandia całkiem nieźle zaczęła, Chile wyrasta na czarnego konia, Robben, Van Persie, Benzema i Muller są w formie, a Coentrao wraca do domu - podobnie jak cała reprezentacja Hiszpanii. Tego chyba nikt się nie spodziewał! Przez rozpoczęciem Mundialu powiedziałam siostrze, że Hiszpanie nie wygrają turnieju, sądziłam, że polegną gdzieś po drodze. Oczywiście się ze mną kłóciła. Jak widać miałam rację, ale przyznam się, że aż tak źle im nie życzyłam. Fanką tej reprezentacji nie byłam nigdy, po części cieszę się, że odpadają, jednak żałuję stylu w jakim to robią.
Jeśli zaś chodzi o moje upodobania, to nie jest to tajemnicą i większość zapewne wie, że Niemcy są moją ukochaną reprezentacją. Przed mistrzostwami targały mną mieszane uczucia, bo nie prezentowali się najlepiej w meczach towarzyskich. Miałam wiele obaw. Jak się okazuje niepotrzebnie, bo rozgromić Portugalię 4-0? Chyba całkiem nieźle, nie? :)
Kończąc muszę powiedzieć, że nie mogę się doczekać późniejszych faz turnieju, bo to wszystko zapowiada się nadzwyczaj interesująco.
Prawdopodobnie większa część kibiców zgodzi się ze mną, że na tegorocznych Mistrzostwach Świata nie można się nudzić. Po pierwszej kolejce mieliśmy wszystko - piękne gole, katastrofalne błędy sędziów, niespodzianki, zaskoczenia i niezawodnych faworytów. Trzeba przyznać, że w Brazylii nie ma bramkowej posuchy. Statystyki mówią same za siebie - trzy bramki na mecz.
Jednak zacznijmy od początku...
Mecz otwarcia. To co mnie uderzyło na samym początku i doprowadziło do łez wzruszenia, to brazylijski hymn (a raczej jego końcówka). Kilkadziesiąt tysięcy ludzi śpiewających hymn narodowy acapella, a do tego piłkarze, na twarzach których jest prawdziwa zaciętość, wiara we własne umiejętności, oddanie dla kraju... Mogłabym to porównać do dwóch rzeczy - Buffona, którego wykonania hymnu są równie niesamowite oraz do polskich kibiców siatkówki. Miałam przyjemność bycia na dwóch siatkarskich meczach, w tym jeden odbywał się w Spodku, siatkarskiej świątyni. Dziesięciotysięczny tłum śpiewający acapella Mazurka Dąbrowskiego... Hmm... Można dostać niezłych ciarek.
Muszę przyznać, że całe mistrzostwa bardzo mi się podobają. Trzeba pochwalić kibiców, którzy licznie przychodzą na stadiony. Mi się bardzo podoba, że na trybunach jest tak kolorowo, głośnio, tanecznie... Odkąd pamiętam to właśnie kibicie urzekali mnie w piłce nożnej najbardziej, dlatego też nie czuję się zawiedziona. Ciekawa jestem jak to będzie wyglądać, kiedy Brazylia odpadnie z turnieju (bo cichu liczę, że tak właśnie będzie hihi).
Jednak muszę jasno powiedzieć. Oglądałam w swoim życiu kilka wielkich piłkarskich imprez, jednak Mundial w Brazylii jest najlepszym z nich. Nie przypominam sobie turnieju z tak interesującymi meczami; co jeden to lepszy. Jestem zachwycona i zawsze z przyjemnością zasiadam przed telewizorem. I pomimo tego, że w naszym kraju nie ma tej brazylijskiej gorączki, to ja popadłam w totalny piłko-szał ;)
Z rzeczy, które wiadomo na dziś dzień to fakt, że Holandia całkiem nieźle zaczęła, Chile wyrasta na czarnego konia, Robben, Van Persie, Benzema i Muller są w formie, a Coentrao wraca do domu - podobnie jak cała reprezentacja Hiszpanii. Tego chyba nikt się nie spodziewał! Przez rozpoczęciem Mundialu powiedziałam siostrze, że Hiszpanie nie wygrają turnieju, sądziłam, że polegną gdzieś po drodze. Oczywiście się ze mną kłóciła. Jak widać miałam rację, ale przyznam się, że aż tak źle im nie życzyłam. Fanką tej reprezentacji nie byłam nigdy, po części cieszę się, że odpadają, jednak żałuję stylu w jakim to robią.
Jeśli zaś chodzi o moje upodobania, to nie jest to tajemnicą i większość zapewne wie, że Niemcy są moją ukochaną reprezentacją. Przed mistrzostwami targały mną mieszane uczucia, bo nie prezentowali się najlepiej w meczach towarzyskich. Miałam wiele obaw. Jak się okazuje niepotrzebnie, bo rozgromić Portugalię 4-0? Chyba całkiem nieźle, nie? :)Kończąc muszę powiedzieć, że nie mogę się doczekać późniejszych faz turnieju, bo to wszystko zapowiada się nadzwyczaj interesująco.
Arabska żona
"Arabska żona" to historia młodej kobiety o imieniu Dorota, która poznaje i zakochuje się w Ahmedzie, Libijczyku mieszkającym i studiującym w Polsce.
Początkowo ich życie to istna sielanka. Dorota zachodzi w ciążę, na świat przychodzi córeczka Marysia. Para się pobiera, przeprowadza się do nowego mieszkania, mężczyzna rozkręca własny biznes... Wydawać by się mogło, że nic nie może zakłócić ich spokoju.
Ahmed marzy o odwiedzeniu bliskich i spędzeniu wakacji w Libii. Dorota oczywiście zgadza się na to, ale ma wiele wątpliwości. Słyszała wiele plotek i historii na temat Arabów, którzy wywożą swoje małżonki do krajów muzułmańskich i tam zamieniają ich życie w piekło. Dorota przekonuje samą siebie, że to tylko kilkumiesięczny wyjazd wakacyjny.
Początkowo Dorota jest zaskoczona Libią, jej zwyczajami, tradycjami. Ciężko jest jej przyzwyczaić się do tego, że mężczyzna jest panem i władcą. Jednak dzięki rodzinie Ahmeda szybko przyzwyczaja się do panujących zasad, poznaje kraj i ich ludzi coraz lepiej i o dziwo zaczyna jej się tam podobać. Jednak po początkowej fascynacji nie zostaje ani śladu, kiedy małżonek powraca do swoich korzeni i arabskich przyzwyczajeń. Ahmed znika na całe dnie, jest śmiertelnie zazdrosny, nie stroni od rękoczynów. Wloty i upadku przeplatają się, aż w końcu Dorota nie wytrzymuje i postanawia zmienić swoje życie. Z jakim skutkiem? Na to pytanie nie odpowiem. Jednak jestem pewna, że ta historia zainteresuje i zaciekawi wiele osób, zwłaszcza kobiet, bo to piękna książka, niezwykle prawdziwa. I ma swoją kontynuację. "Arabska żona" to dopiero pierwsza cześć, ja zaraz zabieram się za drugą - "Arabską córkę", a później czekają na mnie jeszcze "Arabska krew" i "Arabska księżniczka". Już nie mogę się doczekać! :)
Początkowo ich życie to istna sielanka. Dorota zachodzi w ciążę, na świat przychodzi córeczka Marysia. Para się pobiera, przeprowadza się do nowego mieszkania, mężczyzna rozkręca własny biznes... Wydawać by się mogło, że nic nie może zakłócić ich spokoju.
Ahmed marzy o odwiedzeniu bliskich i spędzeniu wakacji w Libii. Dorota oczywiście zgadza się na to, ale ma wiele wątpliwości. Słyszała wiele plotek i historii na temat Arabów, którzy wywożą swoje małżonki do krajów muzułmańskich i tam zamieniają ich życie w piekło. Dorota przekonuje samą siebie, że to tylko kilkumiesięczny wyjazd wakacyjny.
Początkowo Dorota jest zaskoczona Libią, jej zwyczajami, tradycjami. Ciężko jest jej przyzwyczaić się do tego, że mężczyzna jest panem i władcą. Jednak dzięki rodzinie Ahmeda szybko przyzwyczaja się do panujących zasad, poznaje kraj i ich ludzi coraz lepiej i o dziwo zaczyna jej się tam podobać. Jednak po początkowej fascynacji nie zostaje ani śladu, kiedy małżonek powraca do swoich korzeni i arabskich przyzwyczajeń. Ahmed znika na całe dnie, jest śmiertelnie zazdrosny, nie stroni od rękoczynów. Wloty i upadku przeplatają się, aż w końcu Dorota nie wytrzymuje i postanawia zmienić swoje życie. Z jakim skutkiem? Na to pytanie nie odpowiem. Jednak jestem pewna, że ta historia zainteresuje i zaciekawi wiele osób, zwłaszcza kobiet, bo to piękna książka, niezwykle prawdziwa. I ma swoją kontynuację. "Arabska żona" to dopiero pierwsza cześć, ja zaraz zabieram się za drugą - "Arabską córkę", a później czekają na mnie jeszcze "Arabska krew" i "Arabska księżniczka". Już nie mogę się doczekać! :)
Chłopiec z latawcem
Jestem wielką miłośniczką książek. Praktycznie nigdy nie robię sobie przerw od czytania. Kiedyś już pisałam o książce, która bardzo mnie poruszyła - "Tysiąc wspaniałych słońc". Byłam nią tak bardzo zafascynowana, że postanowiłam sięgnąć po więcej propozycji tego autorka. Khaled Hosseini jest amerykańskim pisarzem afgańskiego pochodzenia. Do tej pory napisał trzy książki (wszystkie przeczytałam i mam na swojej półce w domu).
Dziś chciałam opowiedzieć o książce pt. "Chłopiec z latawcem".
Piękna opowieść - nie wiem czemu, ale wszystkie dzieła pana Hosseiniego są dla mnie piękne. Historia dwóch chłopców, którzy przyjaźnili się i wychowywali w jednym domu. Byli braćmi, ale o tym nie wiedzieli. Jeden był synem pana domu, bogatego i wpływowego przedsiębiorcy, drugi ich lokaja, biednego i niewykształconego chłopa.
Pewnego dnia, Amir (bogatszy z chłopców) jest świadkiem gwałtu na swoim bracie Hassanie. Nie zainterweniował, pozwolił, aby zbiry go skrzywdziły. Nigdy więcej nie wracał do tego wydarzenia, nie przyznał się do tego co widział. Bardzo to na nim ciążyło. Zaczęły się w nim rodzić nieznane uczucia, zwłaszcza wówczas, kiedy bogaty ojciec, który wiedział, że Hassan jest jego synem, zaczął faworyzować i troskliwie zajmować się swoim drugim dzieckiem. Amir uknuł podstęp, który spowodował, że Hassan oraz jego przyszywany tata musieli opuścić dom.
Opowieść toczy się w Afganistanie, pięknym, spokojnym i radosnym. Jednak jak wszyscy dobrze wiemy zaczęło się zmieniać. Pojawiły się wojny, brutalność, niesprawiedliwość... Amir i jego ojciec musieli uciekać. Wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Tam próbowali sobie ułożyć życie na nowo. Amir poszedł na studia, został pisarzem. Ojciec otworzył kramik na bazarku. Panowie poznali afgańską rodzinę, zaprzyjaźnili się z nią. Wśród jej członków była Soraya, którą Amir pokochał i ożenił się z nią.
Ojciec Amira zmarł. Po kilku latach dostał on list z Afganistanu, od bliskiego przyjaciela swojego taty. Był umierający i prosił, aby Amir przyjechał go odwiedzić i się pożegnać. Gdy spotkali się po latach, Rahim wyznał, że on i Hassan byli spokrewnieni. Jak się okazało jego brat już nie żył, zabili go talibowie, ale na świecie był jego syn - Sohrab. Rozpoczęła się wielka walka o małego chłopca. Dziecko było bardzo skrzywdzone emocjonalnie, przerzucano go z sierocińca do sierocińca, mało mówił, był cichy i skryty. Gdy Amir go odnalazł, Sohrab był "pod opieką" talibów.
Kiedy okazało się, że Sohrab nie ma w Afganistanie żadnej rodziny, Amir postanowił zabrać go do Ameryki. Od lat starał się z żoną o potomka, ale Soraya była bezpłodna. Pomyślał, że to dobry pomysł. Widział w tym odkupienie win dla siebie za to, co przed laty wydarzyło się Hassanowi. Nie pomógł własnemu bratu, ale mógł pomóc jego synowi, swojemu bratankowi. Proces adopcyjny nie był łatwy, afgańska biurokracja jest trudna, mozolna, a czasami nawet bezsensowna. Jednak Amir zabrał Sohraba do Stanów.
Na tym kończy się książka. Początki pobytu w Ameryce nie były łatwe, bo Sohrab zamknął się w sobie i przestał całkiem mówić. Jednak powieść kończy się sceną puszczania latawców. Była to wielka tradycja w Afganistanie, prawdziwe zawody. Zwycięzca był podziwiany i szanowany. Naturalnie w Stanach nie nadawano temu tak wielkiej wagi, ale Sohrabowi bardzo się spodobało. Uśmiechał się i nawet przemówił podczas całej zabawy.
Nie najlepiej potrafię opowiadać o przeczytanych książkach, ale mam nadzieję, że choć trochę zachęciłam do przeczytania tej niesamowitej i wzruszającej książki o przyjaźni i miłości. Jest to oczywiście wielki skrót, wiele scen pominęłam. Mimo iż mój opis nie wyszedł zbyt ciekawie, to naprawdę gorąco polecam "Chłopca z latawcem".
Dziś chciałam opowiedzieć o książce pt. "Chłopiec z latawcem".
Piękna opowieść - nie wiem czemu, ale wszystkie dzieła pana Hosseiniego są dla mnie piękne. Historia dwóch chłopców, którzy przyjaźnili się i wychowywali w jednym domu. Byli braćmi, ale o tym nie wiedzieli. Jeden był synem pana domu, bogatego i wpływowego przedsiębiorcy, drugi ich lokaja, biednego i niewykształconego chłopa.
Pewnego dnia, Amir (bogatszy z chłopców) jest świadkiem gwałtu na swoim bracie Hassanie. Nie zainterweniował, pozwolił, aby zbiry go skrzywdziły. Nigdy więcej nie wracał do tego wydarzenia, nie przyznał się do tego co widział. Bardzo to na nim ciążyło. Zaczęły się w nim rodzić nieznane uczucia, zwłaszcza wówczas, kiedy bogaty ojciec, który wiedział, że Hassan jest jego synem, zaczął faworyzować i troskliwie zajmować się swoim drugim dzieckiem. Amir uknuł podstęp, który spowodował, że Hassan oraz jego przyszywany tata musieli opuścić dom.
Opowieść toczy się w Afganistanie, pięknym, spokojnym i radosnym. Jednak jak wszyscy dobrze wiemy zaczęło się zmieniać. Pojawiły się wojny, brutalność, niesprawiedliwość... Amir i jego ojciec musieli uciekać. Wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Tam próbowali sobie ułożyć życie na nowo. Amir poszedł na studia, został pisarzem. Ojciec otworzył kramik na bazarku. Panowie poznali afgańską rodzinę, zaprzyjaźnili się z nią. Wśród jej członków była Soraya, którą Amir pokochał i ożenił się z nią.
Ojciec Amira zmarł. Po kilku latach dostał on list z Afganistanu, od bliskiego przyjaciela swojego taty. Był umierający i prosił, aby Amir przyjechał go odwiedzić i się pożegnać. Gdy spotkali się po latach, Rahim wyznał, że on i Hassan byli spokrewnieni. Jak się okazało jego brat już nie żył, zabili go talibowie, ale na świecie był jego syn - Sohrab. Rozpoczęła się wielka walka o małego chłopca. Dziecko było bardzo skrzywdzone emocjonalnie, przerzucano go z sierocińca do sierocińca, mało mówił, był cichy i skryty. Gdy Amir go odnalazł, Sohrab był "pod opieką" talibów.
Kiedy okazało się, że Sohrab nie ma w Afganistanie żadnej rodziny, Amir postanowił zabrać go do Ameryki. Od lat starał się z żoną o potomka, ale Soraya była bezpłodna. Pomyślał, że to dobry pomysł. Widział w tym odkupienie win dla siebie za to, co przed laty wydarzyło się Hassanowi. Nie pomógł własnemu bratu, ale mógł pomóc jego synowi, swojemu bratankowi. Proces adopcyjny nie był łatwy, afgańska biurokracja jest trudna, mozolna, a czasami nawet bezsensowna. Jednak Amir zabrał Sohraba do Stanów.
Na tym kończy się książka. Początki pobytu w Ameryce nie były łatwe, bo Sohrab zamknął się w sobie i przestał całkiem mówić. Jednak powieść kończy się sceną puszczania latawców. Była to wielka tradycja w Afganistanie, prawdziwe zawody. Zwycięzca był podziwiany i szanowany. Naturalnie w Stanach nie nadawano temu tak wielkiej wagi, ale Sohrabowi bardzo się spodobało. Uśmiechał się i nawet przemówił podczas całej zabawy.
Nie najlepiej potrafię opowiadać o przeczytanych książkach, ale mam nadzieję, że choć trochę zachęciłam do przeczytania tej niesamowitej i wzruszającej książki o przyjaźni i miłości. Jest to oczywiście wielki skrót, wiele scen pominęłam. Mimo iż mój opis nie wyszedł zbyt ciekawie, to naprawdę gorąco polecam "Chłopca z latawcem".
Witajcie!
Rzadko tu ostatnio zaglądam, a zdaje się, że i Wy zapomnieliście o tym blogu :) Mówi się trudno i żyje się dalej. Być może zacznę tutaj częściej zaglądać ;)
Tymczasem chciałabym poinformować, że założyłam konto na twitterze i może się tak zdarzyć, że będę tam informowała o nowych postach na blogach. :)
Hejka!
Chciałabym tylko poinformować, że wraz z Moniką stworzyłyśmy stronę na Facebooku, gdzie znaleźć będzie można wszystkie wiadomości odnośnie naszych wspólnych oraz prywatnych blogów, aktualizacje, plany, zapowiedzi, powiadomienia o nowych postach. Mam nadzieję, że poprzez jedno kliknięcie "Lubię" ułatwi Wam to dostęp do naszej twórczości.
Planujemy również pojawić się na tumblr, ale póki co zapraszam jedynie na Facebooka.
Chciałabym tylko poinformować, że wraz z Moniką stworzyłyśmy stronę na Facebooku, gdzie znaleźć będzie można wszystkie wiadomości odnośnie naszych wspólnych oraz prywatnych blogów, aktualizacje, plany, zapowiedzi, powiadomienia o nowych postach. Mam nadzieję, że poprzez jedno kliknięcie "Lubię" ułatwi Wam to dostęp do naszej twórczości.
Planujemy również pojawić się na tumblr, ale póki co zapraszam jedynie na Facebooka.
To skomplikowane
Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda. Sądząc po ilości komentarzy - nie, ale jakby ktoś był cichym wielbicielem, to pragnę tylko poinformować, że właśnie zaczynam pisać nowe opowiadanie. Mam nadzieję, że będzie fajne, bo piszę je razem z Moniką, więc na pewno będzie wiele ciekawych i zabawnych sytuacji :)
Monika pisze o Ari i Isco, a moimi bohaterami są Elena oraz Mesut Ozil.
Monika pisze o Ari i Isco, a moimi bohaterami są Elena oraz Mesut Ozil.
Mam nadzieję, że licznie będziecie nas tam odwiedzać :)
A tutaj jeszcze link do bloga: TO SKOMPLIKOWANE
Trylogia o szczęściu...
Mamy połowę listopada, Święta za pasem, więc powoli zaczynam się zastanawiać nad prezentami dla najbliższych... Zawsze staram się wymyślić coś nowego, coś, co nie będzie powtórką z zeszłego roku. Najlepiej jest trafić w gusta osoby obdarowywanej, bo nie chodzi o to, aby postawić sobie kolejny bibelot na półce, ale żeby prezent był miły i przypominał nam o świątecznej atmosferze, czy też o osobie od której ów podarunek dostaliśmy.
Jeśli nie macie pomysłów, a ktoś, kto jest Wam bliski lubi czytać książki, to mam dla Was propozycję. I to propozycję nie do odrzucenia, bo zapewniam Was, że miłośnik obyczajowych powieści będzie zachwycony tą opowieścią.
"Alibi na szczęście", bo taki tytuł nosi książka Anny Ficner - Ogonowskiej, to przepiękna historia. Historia o miłości, bólu, cierpieniu, radości, ale przede wszystkim o szczęściu, do którego przecież dąży każdy z nas.
Jest to historia Hanki, która przeżywa ogromną tragedię. Jest jej bardzo trudno z tym żyć, nie radzi sobie ze swoimi smutnymi uczuciami, z pustką, żalem... Jedynie dzięki przyjaciółce, Dominice, i pani Irence, przyjaciółce rodziny, udaje jej się funkcjonować. Jednak jej życie jest dalekie od ideału, to raczej wegetacja.
Poznaje Mikołaja, który powoli i bardzo systematycznie wkracza w jej życie i stara się je zmienić. Jest przyjacielem, który pragnie od Hanki więcej. Stara się o jej względy, jednak ona wciąż mu ucieka. Nie jest gotowa na miłość ani bliskość mężczyzny. Ich relacja jest trudna, opiera się głównie na czekaniu, jednak czekanie się opłaca i wiedzą o tym bohaterowie tej książki.
Historia jest na tyle ciekawa, że nie opowiada jedynie o losach głównych postaci. Również wątki poboczne, jak życie Dominiki, są bardzo ciekawe. Ona również nie miała łatwej przeszłości, ale razem z Hanką trzymają się razem i to stanowi o ich wielkiej sile.
Książkę czyta się łatwo i przyjemnie, idealnie nadaje się na długie zimowe wieczory. Bohaterowie są wykreowani ciekawie, nietuzinkowo. Każdy z nich ma swoje życie, swoją odrębną historię. Na szczególną uwagę zasługuje pani Irenka, która jest tak ciepłą osobą, że każdemu z nas na pewno przywiedzie na myśl ukochaną babcię lub ciocię.
Ja zakochałam się w tej historii na tyle mocno, że każdą kolejną część kupowałam zanim jeszcze skończyłam czytać poprzednią. Wczoraj skończyłam czytać trzecią odsłonę, została mi ostatnia "Szczęście w cichą noc", która opowiada o Świętach Bożego Narodzenia. I coś czuję, że Boże Narodzenie, które do tej pory stanowiło dla mnie jedynie przykry obowiązek pojawienia się na Wigilii u rodziny, po przeczytaniu tej książki stanie się czymś, co będzie mi się dobrze kojarzyć. Dlaczego? Ano dlatego, że pani Anna, autorka powieści, ma niesamowity talent i przepięknie pisze o uczuciach. A ich nigdy nie brakowało w powieści "Alibi na szczęście".
Także jeśli nie macie pomysłu, to ja polecam Wam tą książkę. I jeśli chcecie zaoszczędzić, to w sklepach dostępny jest cały pakiet, bo na historię Hanki i Mikołaja składają się aż trzy tytuły: "Alibi na szczęście", "Krok do szczęścia" i "Zgoda na szczęście". Na pewno nie pożałujecie!
Real Madrid Wag's
Siemka!
Przybyłam dzisiaj do Was z newsem, który do tej pory był moją wielką tajemnicą. Nie wiem czemu, ale wolałam nie ogłaszać światu, że mam fan-page na Facebooku, bo wydawało mi się to głupie. Nadal tak uważam, że pomyślałam sobie, że nic mi nie szkodzi, prawda? W końcu nadal jestem anonimowa, zna mnie niewiele osób z Was :-) A ci co mnie znają dostatecznie dobrze wiedzą, że kibicuję Realowi Madryt i zawodnicy tego klubu są dla mnie bardzo ważni.
Nie od dziś wiadomo, że piłkarz - poza tym, że jest sportowcem i osobą publiczną, jest także mężem, ojcem, synem... W wielu wywiadach podkreślają znaczenie swoich rodzin, żon i dzieci. I według mnie to po części właśnie kobiety sportowców sprawiają, że są oni tak dobrzy. Rodzina jest najważniejsza dla większości osób i wykonywany zawód nie ma znaczenia, bo miłość i wsparcie zawsze się przydaje i bardzo pomaga w osiąganiu sukcesów.
Dlatego też w mojej głowie pojawił się pomysł na fan-page. Widziałam już kilka odsłon tego tematu i bardzo mi się to spodobało, a skoro ciągle kręci się on wokół Realu Madryt, pomyślałam "czemu nie?".
Pierwsza moja próba odbywała się dwa lata temu, ale po problemach z profilem strona została usunięta. Od kwietnia 2012 roku jestem z nową odsłoną strony Real Madrid Wag's i muszę przyznać, że ma się ona bardzo dobrze, bo w przeciągu roku udało mi się zdobyć ponad cztery tysiące "fanów". Jakby tego było mało, to dzięki tej stronie udało mi się poznać i porozmawiać z małżonką Angela Di Marii - Jorgeliną, oraz z żoną Pepe - Aną Sofią. Obie są bardzo sympatyczne :-) Poza nimi przycisk "Lubię to" kliknęło również kilkanaście osób z rodzin Królewskich i ich małżonek/dziewczyn. Także jest moc! :-)
Jednak nic nie przebije tego, co wydarzyło się w miniony weekend. Jedna z osób napisała mi na stronie, że mój fan-page pojawił się w portugalskiej gazecie!!! Nie mogłam w to uwierzyć. Poprosiłam o link bądź skan i oto jest:
Przybyłam dzisiaj do Was z newsem, który do tej pory był moją wielką tajemnicą. Nie wiem czemu, ale wolałam nie ogłaszać światu, że mam fan-page na Facebooku, bo wydawało mi się to głupie. Nadal tak uważam, że pomyślałam sobie, że nic mi nie szkodzi, prawda? W końcu nadal jestem anonimowa, zna mnie niewiele osób z Was :-) A ci co mnie znają dostatecznie dobrze wiedzą, że kibicuję Realowi Madryt i zawodnicy tego klubu są dla mnie bardzo ważni.
Nie od dziś wiadomo, że piłkarz - poza tym, że jest sportowcem i osobą publiczną, jest także mężem, ojcem, synem... W wielu wywiadach podkreślają znaczenie swoich rodzin, żon i dzieci. I według mnie to po części właśnie kobiety sportowców sprawiają, że są oni tak dobrzy. Rodzina jest najważniejsza dla większości osób i wykonywany zawód nie ma znaczenia, bo miłość i wsparcie zawsze się przydaje i bardzo pomaga w osiąganiu sukcesów.
Dlatego też w mojej głowie pojawił się pomysł na fan-page. Widziałam już kilka odsłon tego tematu i bardzo mi się to spodobało, a skoro ciągle kręci się on wokół Realu Madryt, pomyślałam "czemu nie?".
Pierwsza moja próba odbywała się dwa lata temu, ale po problemach z profilem strona została usunięta. Od kwietnia 2012 roku jestem z nową odsłoną strony Real Madrid Wag's i muszę przyznać, że ma się ona bardzo dobrze, bo w przeciągu roku udało mi się zdobyć ponad cztery tysiące "fanów". Jakby tego było mało, to dzięki tej stronie udało mi się poznać i porozmawiać z małżonką Angela Di Marii - Jorgeliną, oraz z żoną Pepe - Aną Sofią. Obie są bardzo sympatyczne :-) Poza nimi przycisk "Lubię to" kliknęło również kilkanaście osób z rodzin Królewskich i ich małżonek/dziewczyn. Także jest moc! :-)
Jednak nic nie przebije tego, co wydarzyło się w miniony weekend. Jedna z osób napisała mi na stronie, że mój fan-page pojawił się w portugalskiej gazecie!!! Nie mogłam w to uwierzyć. Poprosiłam o link bądź skan i oto jest:
Nie znam portugalskiego, ale jeśli wierzyć tłumaczeniom google, to tytuł w wolnym moim tłumaczeniu brzmi dla mnie jak nazwa jakiegoś cotygodniowego przeglądu, bo "Bohaterowie Facebooka", a dalej można przeczytać, że jest to specjalna strona społecznościowa, na której można znaleźć dużo ciekawostek (w tym zainteresowania dzieci) - co akurat nie do końca jest prawdą, oraz dużo zdjęć. Czy coś takiego...
Niby nic specjalnego, ale się liczy :-) Ja się jaram hehe :-)
A jeśli i Wy byście chcieli być częścią tej strony to zachęcam do polubienia fan-page na Facebooku, bądź na Tumblr, bo i tam już dotarłam :-)
Rodzinne więzi
Siemka! Dawno mnie nie było, ale jakoś nie miałam tematu.
Dzisiaj chciałam się pochwalić, bo cóż... dumna jestem! Być może nie wiecie, ale mam młodszą o rok siostrę, która ma wielką pasję - taniec. Trenuje od kilku lat, ale jakoś nie miała większego szczęścia. Do teraz. Nie jest to może szczyt marzeń, ale wierzę, że to dopiero początek i że jednak coś z niej wyrośnie.
Pierwsze poważnie zadanie - koncerty z Honoratą Honey Skarbek :)
Wczoraj zaliczyła swój debiut telewizyjny. Wystąpiła z Honey w finale polsatowskiego programu "Ekipa na swoim", gdzie dwie drużyny rywalizowały o własną piwiarnię. I choć sam występ był dość "zaskakujący", to ja jestem mega dumna! :)
Dzisiaj chciałam się pochwalić, bo cóż... dumna jestem! Być może nie wiecie, ale mam młodszą o rok siostrę, która ma wielką pasję - taniec. Trenuje od kilku lat, ale jakoś nie miała większego szczęścia. Do teraz. Nie jest to może szczyt marzeń, ale wierzę, że to dopiero początek i że jednak coś z niej wyrośnie.
Pierwsze poważnie zadanie - koncerty z Honoratą Honey Skarbek :)
Wczoraj zaliczyła swój debiut telewizyjny. Wystąpiła z Honey w finale polsatowskiego programu "Ekipa na swoim", gdzie dwie drużyny rywalizowały o własną piwiarnię. I choć sam występ był dość "zaskakujący", to ja jestem mega dumna! :)
Żródło: @honkabiedrona instagram (profil Honey)
A moja sis to ta ruda z w czarnej koszulce :)
A tutaj jeszcze jej najnowsza choreografia. Moja ulubiona jak do tej pory :)
To jest już koniec...
Witam Was w ten zimny, deszczowy piątek!
Dzisiaj chciałam napisać o trzech rzeczach. W jak wskazuje tytuł postu, o trzech końcach.
To co chyba interesuje Was najbardziej, a przynajmniej taką mam nadzieję, to wiadomość o zakończeniu blogów. Kilka minut temu dodałam ostatnie rozdziały na moje blogi "Irina Ross" i "Himmel hilf". Jestem zadowolona z efektu końcowego, zwłaszcza tego drugiego opowiadania, które było moim ulubionym i chyba najlepszym. Z przyjemnością jeszcze wrócę do losów bohatera, bo życie Michaela Ballacka - mimo iż nieszczęśliwe i skomplikowane - to było bardzo interesujące.
Teraz rozpoczynam nowe opowiadania. O "Drodze do Tamesis" pisałam w poprzednim poście na tym blogu, więc jeśli przegapiliście, to proponuję zajrzeć do archiwum :) Nowy rozdział tam już za tydzień!
A jak mnie natchnie wena to rozpocznę jeszcze jedną historię - o Ozilu lub Benedikcie Howedesie. Na pewno Was o tym poinformuję.
Następny "koniec" będzie dotyczyć książki, którą wczoraj skończyłam czytać. Tytuł to "Tysiąc wspaniałych słońc". Jest to historia tocząca się w Afganistanie. W tle są wątki historyczne, jednak nie są one dominujące, co jest bardzo fajnie. Głównym wątkiem jest oczywiście miłość i przyjaźń. Piękna przyjaźń, bo
Jedyna kobieta nazywa się Mariam, a druga Lajla. Różni je kilkanaście lat różnicy, wychowywane były w różnych miejscach, w różny sposób, jednak połączyło je małżeństwo z tym samym mężczyzną - Raszidem. Początki znajomości były oczywiście trudne, ale z biegiem czasu i rosnącą agresją męża w stosunku do kobiet, Mariam i Lajla zaprzyjaźniają się.
Muszę przyznać, że jest to najpiękniejsza książka, z najpiękniejszą fabułą, którą ostatnio przeczytałam. Bardzo zżyłam się z bohaterkami, bo są bardzo ludzkie i realistyczne. Nie trudno byłoby mi uwierzyć, gdyby ktoś powiedział, że jest to opowieść oparta na faktach. Naprawdę bardzo gorąco Wam ją polecam.
No a na koniec oczywiście zostawiłam sobie temat jakże smutny, ale dla mnie bardzo istotny. A mianowicie Liga Mistrzów i odpadnięcie w półfinale Realu Madryt. Zrąbali pierwszy mecz, nie będę się wypowiadać na ten temat, bo zbytnio nie ma o czym mówić. Nie będę kalać własnego gniazda.
Jednak drugi mecz, ten na Santiago Bernabeu, był o niebo lepszy i tak niewiele brakowało. Zabrakło jednej brameczki. Szkoda, że tak późno wzięli się za ich strzelanie. Myślę, że łatwiej byłoby mi zaakceptować tą eliminację, gdyby drugi mecz zakończył się bezbramkowym remisem. Wówczas mogłabym to sobie tłumaczyć misją niemożliwą, bo odrobienie trzech bramek to wcale nie jest łatwa sprawa. Jednak było tak blisko, tak blisko... Eh, no nic. Ja i tak jestem dumna z tego zespołu. Najbardziej mi szkoda Mourinho, który prawdopodobnie po sezonie odejdzie, ale cóż... Życie toczy się dalej.
Przed nami jeszcze finał Copa Del Rey i musimy go wygrać, bo chcę zobaczyć Los Blancos na Cibeles! :)
Kilka smutnych obrazków, które łamią mi serce od środy:
Droga do Tamesis
Hello!
Nie wiem czy kogoś to zainteresuje, ale zdecydowałam samodzielnie który blog rozpocznę po zakończeniu "Himmel hilf" i "Iriny Ross". Mam nadzieję, że będziecie zadowolone, bo od wielu tygodni czytam komentarze i prośby typu: "Kiedy coś o Torresie?", "Chcemy Fernando!" itd.
Blog nosi tytuł "Droga do Tamesis". Nazwa pochodzi od małego kolumbijskiego miasteczka, w którym odbywa się akcja historii. Nie będę zdradzać fabuły, bo tego nie lubię, ale kto lubi telenowele temu chyba się spodoba. Będzie dużo słońca, dużo koni, kowboi i tego typu sprawy.
No i pewnie zastanawiacie się jak w tym wszystkim odnajdzie się światowa gwiazda piłki nożnej... Oj, nie będzie łatwo - wierzcie mi :)
Nie będzie to długie opowiadanie, bo zaplanowałam, że akcja toczyć się będzie przez około dwa tygodnie. Może będzie z dziesięć notek, może ciut więcej. Jeszcze nie wiem, bo na nowo muszę wkręcić się w tę historię. Mam dwa rozdziały, które napisałam jeszcze w tamtym roku. Ale chyba będzie to dla mnie fajna odskocznia od tych wszystkich traumatycznych historii, które zafundowałam Ballackowi, Winiarskimu i Irinie.
Nie przedłużając, już teraz zapraszam na bloga.
Nowości
Siemka!
No i co tam ciekawego u Was słychować? U mnie... stara bida :) Przeżywam traumatyczne doświadczenia u dentysty, którego odwiedzam regularnie od jakiś dwóch tygodni i powiem Wam szczerze, że nie znoszę tego najlepiej. To jest najbardziej znienawidzony przeze mnie lekarz. Jak i pewnie przez większość społeczeństwa.
Ale jakoś tam radę. Póki co mnie nie zabił, więc mam nadzieję, że mnie wzmocni :)
A dzisiaj na poprawę humoru wybrałam się na zakupy. Oprócz kilku typowo babskich rzeczy, kupiłam także książki. Nie będę nic mówić, ale ostatnio każde moje wyjście na większe zakupy kończy się zakupem książek. Już mi brakuje na nie miejsca, dlatego pierwszym zakupem kolejnego miesiąca (kolejnej wypłaty :P) będzie regał, aby to sobie wszystko poukładać. Wracając do temu, to dziś zakupiłam "Ostatni testament" Jamesa Freya oraz "Tysiąc wspaniałych słońc" Khaleda Hosseini'ego. Zaczęłam czytać tę drugą, ale póki co tylko dwie kartki, bo akurat musiałam wysiąść z tramwaju :P Jak przeczytam i mi się spodobają, to może o nich tutaj napiszę z dwa słówka.
Przechodząc do głównego tematu, który miał być motywem przewodnim tego postu.
Pewnie zauważyliście, że wszystkie blogi, które obecnie piszę niebawem się skończą. "Irina Ross", "Himmel hilf" oraz "Śmiech dziecka" niebezpiecznie chylą się ku końcowi, więc trzeba będzie jakoś załatać po nich dziurę. W planach mam kilka opowiadań, w tym jedno chyba będzie wymagać kompletnej modyfikacji, ale sobie z tym poradzę. Pomyślałam, że może pewnego dnia dodam po jednym rozdziale na wszystkie nowe blogi, które mam w planach i poprzez ankietę zdecydujecie, które Wam najbardziej odpowiada. Mi to w sumie jest obojętne, bo się na nie zawzięłam i chcę je napisać, a kolejność nie ma dla mnie kompletnie znaczenia.
I pominę siatkarskie opowiadanie o Zbyszku i Picie, bo to na pewno będzie jak tylko skończę "Śmiech dziecka". Ale chciałabym pisać coś o piłkarzach, więc byście mi bardzo pomogły :)
A skoro zaczęłam wątek siatkarski...
Jadę do Spodka na Ligę Światową! 5 lipca, mecz z USA. Będzie gorąco! Już czuję tą niesamowitą atmosferę i nie mogę się doczekać meczu :) Ktoś z Was tam będzie? A może jedziecie na inne mecze?
No i temat znów zszedł na sport. To chyba już uzależnienie, bo chciałam coś dodać o futbolu. Liga Mistrzów zmierza się ku końcowi przed nami półfinały. I wiecie co? Pierwszy raz cieszę się, że w TV pokażą Borussię! :P Chyba nie muszę zdradzać powodu :P Hala Madrid!
Spadam!
Urodzinki
Hejka!
Piszę do Was dzisiaj, choć powinnam wczoraj. Albowiem właśnie wczoraj obchodziłam swoje drugie urodziny w blogosferze. Powiem Wam szczerze, że strasznie szybko to minęło. Do dziś pamiętam czasy, kiedy publikowałam swoje pierwsze opowiadanie "Niespodzianki życia". A kiedy dzisiaj do niego wracam mam ochotę zapaść się pod ziemię :) Było takie beznadziejne, że masakra! Chyba trochę się polepszyłam w pisaniu, jak myślicie?
Trudno mi uwierzyć, że przez ten czas zdążyłam napisać i zakończyć aż 13 (!) opowiadań! A kolejne trzy niebawem się zakończą. Maszyna, nie człowiek haha :) Aczkolwiek ostatnio z weną to tak średnio mi idzie, bo odkąd zaczęłam pracę coraz mniej czasu i zapału mam do siedzenia przed kompem, ale staram się ze wszystkich sił. Być może widać moją niedołężność w kolejnych publikowanych rozdziałach, ale na razie nikt się nie skarżył, więc chyba wychodzi mi to całkiem nieźle.
No tak, znów ta moja wrodzona skromność...
Powiem Wam tak szczerze, że cholernie mocno cieszę się z tego, że zdecydowałam się na publikowanie moich wypocin. Początki były ciężkie, bo zawsze takie są, ale z czasem wszystko zaczęło się rozkręcać. A ja wkręciłam się w blogowy świat na maksa. Dzięki temu znalazłam w sieci kilka naprawdę fajnych osób, z którymi zawsze można pogadać, nie tylko o blogach, ale o prywatnym życiu również. Nie chcę nikogo wymieniać z imienia, ale dziewczyny na pewno wiedzą, że piszę o nich :)
I choć trudno w to uwierzyć, ale niektóre z Was są ze mną od początku :)
Ja najmilej wspominam blogi: "Euro Skandal", "Strzępy duszy" i "Cristiano i ja". Każde było inne, ale chyba były to najbardziej lubiane przez Was historie. No chyba że się mylę... :) Mieliście jakieś ulubione moje opowiadania?
Wszystkim i każdej z osoba chciałabym w tym miejscu powiedzieć "wielkie dzięki" za odwiedziny, komentarze, rozmowy, sugestie, porady, krytykę i inspirację. Bez Was chyba nie dałabym rady, bo przecież lepiej się pisze z myślą, że ktoś czyta Twoje opowiadanie i z niecierpliwością wyczekuje kolejnego postu.
Jesteście cudne!
Dziękuję! <3
Piszę do Was dzisiaj, choć powinnam wczoraj. Albowiem właśnie wczoraj obchodziłam swoje drugie urodziny w blogosferze. Powiem Wam szczerze, że strasznie szybko to minęło. Do dziś pamiętam czasy, kiedy publikowałam swoje pierwsze opowiadanie "Niespodzianki życia". A kiedy dzisiaj do niego wracam mam ochotę zapaść się pod ziemię :) Było takie beznadziejne, że masakra! Chyba trochę się polepszyłam w pisaniu, jak myślicie?
Trudno mi uwierzyć, że przez ten czas zdążyłam napisać i zakończyć aż 13 (!) opowiadań! A kolejne trzy niebawem się zakończą. Maszyna, nie człowiek haha :) Aczkolwiek ostatnio z weną to tak średnio mi idzie, bo odkąd zaczęłam pracę coraz mniej czasu i zapału mam do siedzenia przed kompem, ale staram się ze wszystkich sił. Być może widać moją niedołężność w kolejnych publikowanych rozdziałach, ale na razie nikt się nie skarżył, więc chyba wychodzi mi to całkiem nieźle.
No tak, znów ta moja wrodzona skromność...
Powiem Wam tak szczerze, że cholernie mocno cieszę się z tego, że zdecydowałam się na publikowanie moich wypocin. Początki były ciężkie, bo zawsze takie są, ale z czasem wszystko zaczęło się rozkręcać. A ja wkręciłam się w blogowy świat na maksa. Dzięki temu znalazłam w sieci kilka naprawdę fajnych osób, z którymi zawsze można pogadać, nie tylko o blogach, ale o prywatnym życiu również. Nie chcę nikogo wymieniać z imienia, ale dziewczyny na pewno wiedzą, że piszę o nich :)
I choć trudno w to uwierzyć, ale niektóre z Was są ze mną od początku :)
Ja najmilej wspominam blogi: "Euro Skandal", "Strzępy duszy" i "Cristiano i ja". Każde było inne, ale chyba były to najbardziej lubiane przez Was historie. No chyba że się mylę... :) Mieliście jakieś ulubione moje opowiadania?
Wszystkim i każdej z osoba chciałabym w tym miejscu powiedzieć "wielkie dzięki" za odwiedziny, komentarze, rozmowy, sugestie, porady, krytykę i inspirację. Bez Was chyba nie dałabym rady, bo przecież lepiej się pisze z myślą, że ktoś czyta Twoje opowiadanie i z niecierpliwością wyczekuje kolejnego postu.
Jesteście cudne!
Dziękuję! <3
Tumblr
Hejka!
Co tam u Was słychować? Ja mam się już całkiem nieźle. Zeszły tydzień miałam potworny. Poniedziałek źle się zaczął, a za nim poszła reszta tygodnia, dlatego cieszę się, że mamy weekend. Praca cała mi w kość, więc dzisiaj odpoczywam i leniuchuję. No i wreszcie się wyspałam! :) Mam zamiar nadrobić zaległości na blogach, bo trochę mi się tego zebrało. Jak zwykle zresztą... Mam nadzieję, że już przywykłyście, że czytam Wasze opowiadania w soboty bądź niedziele.
Właśnie sobie siedzę, słucham muzyki i przeglądam tumblr. Wiecie co to? Taki portal. Ja bardzo długo go nie znałam i nie wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi. Ale jak już go poznałam to się w nim zakochałam. Można znaleźć wiele przepięknych zdjęć z każdej dziedziny! Od kilku tygodni miałam zamiar założył własny profil, ale brakowało mi odwagi. I dziś to wreszcie zrobiłam. Chyba z nudów. Także jakby ktoś chciał mnie odwiedzić, zobaczyć, co mi w duszy gra, to serdecznie zapraszam:
Nie wiem czy znajdziecie tam coś dla siebie. Postanowiłam, że posty będą dotyczyć mnie: tego co lubię, co mi się podoba, co kocham... Dlatego też najwięcej znajdziecie tam krajobrazów, trochę architektury, która jest moją cichą pasją, zdjęcia ulubionych sportowców, trochę mody, no i koty! Choć pewnie czasem będzie tak, że opublikuję coś, co w danej chwili mnie zainteresuje.
Co tam u Was słychować? Ja mam się już całkiem nieźle. Zeszły tydzień miałam potworny. Poniedziałek źle się zaczął, a za nim poszła reszta tygodnia, dlatego cieszę się, że mamy weekend. Praca cała mi w kość, więc dzisiaj odpoczywam i leniuchuję. No i wreszcie się wyspałam! :) Mam zamiar nadrobić zaległości na blogach, bo trochę mi się tego zebrało. Jak zwykle zresztą... Mam nadzieję, że już przywykłyście, że czytam Wasze opowiadania w soboty bądź niedziele.
Właśnie sobie siedzę, słucham muzyki i przeglądam tumblr. Wiecie co to? Taki portal. Ja bardzo długo go nie znałam i nie wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi. Ale jak już go poznałam to się w nim zakochałam. Można znaleźć wiele przepięknych zdjęć z każdej dziedziny! Od kilku tygodni miałam zamiar założył własny profil, ale brakowało mi odwagi. I dziś to wreszcie zrobiłam. Chyba z nudów. Także jakby ktoś chciał mnie odwiedzić, zobaczyć, co mi w duszy gra, to serdecznie zapraszam:
Nie wiem czy znajdziecie tam coś dla siebie. Postanowiłam, że posty będą dotyczyć mnie: tego co lubię, co mi się podoba, co kocham... Dlatego też najwięcej znajdziecie tam krajobrazów, trochę architektury, która jest moją cichą pasją, zdjęcia ulubionych sportowców, trochę mody, no i koty! Choć pewnie czasem będzie tak, że opublikuję coś, co w danej chwili mnie zainteresuje.
W ogóle sama nie wiem po co to założyłam... Teraz, jak o tym piszę, wydaje mi się to beznadziejnym pomysłem. Czasami mam jakieś odpały. Zobaczymy jak długo będę miała ten profil :P Jednak już teraz wiem, że tumblr uzależnia :)
Następny raz pojawię się tutaj z notką w kwietniu, bo będę wtedy obchodzić swoją małą rocznicę :) Ehh... jak ten czas leci...
Paznokcie
Hej!
Dawno mnie tu nie było, więc postanowiłam się odezwać. Ostatnio wiele myślałam o tym blogu i stwierdziłam, że poza informacyjną, nie pełni on żadnej znaczącej funkcji. A przecież dzięki niemu możecie mnie lepiej poznać (o ile oczywiście macie na to ochotę). Wpisy tutaj przeważnie dotyczą moich opowiadań bądź meczy Realu Madryt, ale można to szybko zmienić. Mam zamiar dzielić z Wami moimi przemyśleniami, spostrzeżeniami, opowiedzieć o tym co lubię, a czego nie.
Dlatego też dzisiejszy post będzie dotyczyć czynności - jakże błahej i nieznaczącej - ale którą lubię. A mianowicie malowania paznokci hehe :) Nie jestem w tym specjalistką, nie skończyłam żadnych kursów i nie chodzę do kosmetyczek. Jednak lubię sobie pokombinować. Zwłaszcza z kolorami. Obecnie moje paznokcie prezentują się tak:
Dawno mnie tu nie było, więc postanowiłam się odezwać. Ostatnio wiele myślałam o tym blogu i stwierdziłam, że poza informacyjną, nie pełni on żadnej znaczącej funkcji. A przecież dzięki niemu możecie mnie lepiej poznać (o ile oczywiście macie na to ochotę). Wpisy tutaj przeważnie dotyczą moich opowiadań bądź meczy Realu Madryt, ale można to szybko zmienić. Mam zamiar dzielić z Wami moimi przemyśleniami, spostrzeżeniami, opowiedzieć o tym co lubię, a czego nie.
Dlatego też dzisiejszy post będzie dotyczyć czynności - jakże błahej i nieznaczącej - ale którą lubię. A mianowicie malowania paznokci hehe :) Nie jestem w tym specjalistką, nie skończyłam żadnych kursów i nie chodzę do kosmetyczek. Jednak lubię sobie pokombinować. Zwłaszcza z kolorami. Obecnie moje paznokcie prezentują się tak:
Trochę poszalałam z tymi żółciami i turkusami, bo do wiosny daleko, ale za oknem taka szarówka, że chociaż na paznokciach mam wesoło :P Kiedyś bawiłam się we wzroki, ślaczki, brokaciki... Obecnie brak mi na to czasu, ale może w niedalekiej przyszłości spróbuję do tego wrócić. Ostatnio kupiłam tzw. kawior i mam zamiar go użyć. A wygląda to tak:
Te czarne są boskie!
No nie będę Was już zanudzać. I tak pewnie sobie pomyślicie o mnie, że jestem pusta jak studnia, skoro gadam o paznokciach :P Ale cóż... Jestem tylko kobietą i nie mogę przejść obok tego obojętnie.
Na zakończenie kilka fajnych stylizacji, których nie będę w stanie zrobić, ale popatrzyć na ładne rzeczy zawsze jest miło :)
Vamos Madrid!
Dobra. Sprawa jest poważna.
Po pierwsze. Jakie Walentynki? Liga Mistrzów!
Po drugie. Jaka Borussia? Real Madryt!
Po trzecie... Mój stan psychiczny jest daleki od idealnego i powoli sięgam dnia, bo:
Po pierwsze. Jakie Walentynki? Liga Mistrzów!
Po drugie. Jaka Borussia? Real Madryt!
Po trzecie... Mój stan psychiczny jest daleki od idealnego i powoli sięgam dnia, bo:
El Classico
Co prawda mecz Realu i Barcelony dopiero w marcu (o ile nie trafią na siebie w Pucharze Króla), ale promocja tego meczu rozpoczyna się już teraz. Powstała - moim zdaniem - sympatyczna reklama :) Fajnie to wygląda.
No i jeszcze takie jedno sympatyczne zdjęcie :)
Liga Mistrzów w TV
Idzie załamać ręce! Wiem, że zapewne nie chce Wam się słuchać moich wywodów, ale muszę to z siebie wyrzucić.
Nasza kochana telewizja polska kupiła prawa do transmisji Ligi Mistrzów, tylko ciekawi mnie po co? Aby faworyzować jedną drużynę? Aby pokazywać najnudniejsze mecze? No to zakup jak najbardziej udany, tylko dlaczego mają na tym ucierpieć kibice innych drużyn?
Moje zdenerwowanie wywołała decyzja TVP, która zdecydowała się na transmisję meczu 1/8 Ligi Mistrzów pomiędzy Borussią (tak, to znów ona) i Szachtarem oraz Barcelony i Milanu. Ten drugi jestem w stanie zrozumieć, bo grają dwie klasowe ekipy i mecz ten może przynieść wiele emocji. Ale Borussia i Szachtar?! Nic nie mam do tych drużyn, Dortmund nawet lubię (lecz nie z powodu Polaków), więc okay, ale ileż można?! Pokazali chyba wszystkie środkowe mecze Borussi w fazie grupowej - mimo iż wiele razy w tym samym czasie odbywały się o wiele ciekawsze mecze, i wcale nie mam tu na myśli Realu.
Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć wiele, rozumiem, że rodacy, że polska Borussia itd. Ale nie, tego już zrozumieć się nie da. Bo jak można to pokazywać, kiedy równolegle toczy się mecz drużyn, które śmiało mogłyby zagrać przeciwko sobie w finale! Real - United to klasyk, który obejrzeć trzeba, a oni pokazują takie g...! DLACZEGO?
Już mam dosyć słuchania o tych Piszczkach, Błaszczykowskich i Lewandowskich! Przez cały mecz będzie gadanina, gdzie to Lewy nie trafi w okienku transferowym, ile to wielkich klubów się o niego bije! Już nawet oglądanie Bundesligii z Dortmundem mnie nie bawi, bo komentarze są nie do zniesienia! A prawda jest taka, że Robert bez takich pomocników jak Reus, Gotze czy Gundogan zbyt wiele by się osiągnął, bo w reprezentacji tak nie błyszczy. Dlaczego? Ano dlatego, że brakuje mu takich świetnych kolegów.
Jestem zbulwersowana i zdenerwowana. I Jose chyba też:
Nasza kochana telewizja polska kupiła prawa do transmisji Ligi Mistrzów, tylko ciekawi mnie po co? Aby faworyzować jedną drużynę? Aby pokazywać najnudniejsze mecze? No to zakup jak najbardziej udany, tylko dlaczego mają na tym ucierpieć kibice innych drużyn?
Moje zdenerwowanie wywołała decyzja TVP, która zdecydowała się na transmisję meczu 1/8 Ligi Mistrzów pomiędzy Borussią (tak, to znów ona) i Szachtarem oraz Barcelony i Milanu. Ten drugi jestem w stanie zrozumieć, bo grają dwie klasowe ekipy i mecz ten może przynieść wiele emocji. Ale Borussia i Szachtar?! Nic nie mam do tych drużyn, Dortmund nawet lubię (lecz nie z powodu Polaków), więc okay, ale ileż można?! Pokazali chyba wszystkie środkowe mecze Borussi w fazie grupowej - mimo iż wiele razy w tym samym czasie odbywały się o wiele ciekawsze mecze, i wcale nie mam tu na myśli Realu.
Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć wiele, rozumiem, że rodacy, że polska Borussia itd. Ale nie, tego już zrozumieć się nie da. Bo jak można to pokazywać, kiedy równolegle toczy się mecz drużyn, które śmiało mogłyby zagrać przeciwko sobie w finale! Real - United to klasyk, który obejrzeć trzeba, a oni pokazują takie g...! DLACZEGO?
Już mam dosyć słuchania o tych Piszczkach, Błaszczykowskich i Lewandowskich! Przez cały mecz będzie gadanina, gdzie to Lewy nie trafi w okienku transferowym, ile to wielkich klubów się o niego bije! Już nawet oglądanie Bundesligii z Dortmundem mnie nie bawi, bo komentarze są nie do zniesienia! A prawda jest taka, że Robert bez takich pomocników jak Reus, Gotze czy Gundogan zbyt wiele by się osiągnął, bo w reprezentacji tak nie błyszczy. Dlaczego? Ano dlatego, że brakuje mu takich świetnych kolegów.
Jestem zbulwersowana i zdenerwowana. I Jose chyba też:
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















